Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 grudnia 2024

Przyjęłam moją mamę do swojego domu, aby mogła zamieszkać z nami na stałe.


 

Przyjęłam moją mamę do swojego domu, aby mogła zamieszkać z nami na stałe. Bez żadnego wcześniejszego planu, pewnego dnia pojawiła się z torbą.
W środku były rajstopy, kapcie z napisem „Najlepsza babcia na świecie” (prezent od moich dzieci), ciepły szlafrok, koszula i, z jakiegoś powodu, poszewka na poduszkę. Sama spakowała swoją walizkę.
Od trzech tygodni w moim domu mieszka starsza dziewczynka, około czterech lat. Szczupła, z białym kokiem na głowie, nosi bawełniane rajstopy, które lekko marszczą się na kostkach.
Chodzi cicho po korytarzu, nie wydając dźwięków w kapciach. Ostrożnie zatrzymuje się na progach, unosząc nogi, jakby pokonywała niewidzialne przeszkody.
Uśmiecha się do psa w korytarzu. Słyszy niewidzialne osoby i codziennie przesyła mi nowe wiadomości. Jest nieśmiała i dużo śpi.
Delikatnie odgryza kawałek czekolady (zawsze zostawiam ją w jej pokoju) i popija herbatę, trzymając filiżankę obiema rękami, z których jedna lekko drży.
Bardzo boi się zgubić pierścionek na swojej szczupłej dłoni i ciągle na niego spogląda.
Nagle uświadamiam sobie, jaka jest starsza i bezbronna. Pozwala się prowadzić, odpręża się i przestaje udawać, że jest dorosła. Powierzyła mi swoje życie w najdrobniejszych szczegółach.
Najważniejsze dla niej jest, żebym była w domu. Oddycha z taką ulgą, kiedy wracam, że staram się nie wychodzić na długo.
Znów codziennie gotuję zupę, tak jak robiłam to dla moich dzieci. Na stole znów pojawia się miseczka z ciasteczkami.
Co czuję? Na początku – przerażenie. Mama zawsze była niezależna, przez trzy lata po śmierci taty chciała mieszkać sama. Rozumiałam ją: po raz pierwszy w życiu, w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat, robiła to, co chciała. Ale starość daje się we znaki.
Teraz czuję współczucie dla tego kruchego świata, miłość i czułość. Rozumiem drogę, którą razem kroczymy.
Chcę z całego serca, aby ta droga była dla niej szczęśliwa: w cieple, komforcie, z ukochaną córką, domowymi klopsikami i kotletami. Dla mamy nic innego już się nie liczy.
Teraz mam w domu córkę w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat. Dziękuję losowi, że mogę uczynić jej starość szczęśliwą i dać sobie spokój, bez wyrzutów sumienia.
Mamo, dziękuję, że jesteś. Proszę, zostań ze mną tak długo, jak to możliwe… ❤️

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Przypowieść o Miłości, Bogactwie i Zdrowiu

"Pewnego dnia, kobieta wyszła na ganek swojego domu i zobaczyła siedzących na ławeczce troje starców z długimi, siwymi brodami.
Życzliwym głosem, z zapraszającym gestem powiedziała:
– Musicie być głodni. Wejdźcie, proszę, do domu. Właśnie przygotowałam pyszny obiad.
- Nie możemy wejść razem do domu- odpowiedzieli starcy.
-Dlaczego nie?- zapytała zaskoczona gospodyni.
Nie odpowiedziawszy na pytanie, starcy zaczęli kolejno się przedstawiać:
-Ja mam na imię Bogactwo- powiedział pierwszy.
- Ja mam na imię Zdrowie-powiedział drugi.
- A moje imię to Miłość – przemówił trzeci i dodał:
-Teraz idź do domu, porozmawiaj ze swoim mężem i zdecydujcie, którego z nas chcecie przyjąć jako swojego gościa. Kobieta poszła i powiedziała mężowi, co usłyszała. Mąż krzyknął zachwycony:
-Wspaniale! Jeśli naprawdę musimy dokonać wyboru, zaprośmy Bogactwo. Niech wejdzie i wypełni nasz dom.
Żona sprzeciwiła się:
- A dlaczego nie zaprosić Zdrowia? Też by nam się bardzo przydało. Gdy małżonkowie zastanawiali się, jaką podjąć decyzję, przybiegła do nich córka, która wszystko słyszała i przedstawiła swoją propozycję:
- Dlaczego nie zaprosić Miłości?
Małżonkowie popatrzyli na siebie...
- Dobrze. Zgódźmy się z córką. Zaprośmy Miłość, aby była naszym gościem- powiedział mąż do żony.
Kobieta wyszła i powiedziała do starców:
- Skoro jestem zmuszona wybrać, zapraszam do mojego domu Miłość. Starzec o imieniu Miłość ruszył w kierunku domu, a za nim również pozostali starcy. Zaskoczona kobieta zapytała starców:
-Przecież zaprosiłam tylko Miłość, dlaczego idziecie razem?
- Gdybyś zaprosiła Bogactwo lub Zdrowie, pozostali dwaj czekaliby na zaproszenie – odpowiedziało Bogactwo-jednak skoro zaprosiłaś Miłość, to tak już jest, że gdziekolwiek Miłość idzie, my zawsze za nią podążamy. Tak było od zawsze:
-Tam, gdzie jest Miłość, tam jest też Bogactwo i Zdrowie."

Znalezione w sieci.

Ode mnie

Ktoś powiedział wpierw zdrowie, potem miłość.
Bez zdrowia, miłość nie da rady.

Co ja sobie myślę?

Ja sobie myślę, że zdrowie bez miłości nie da rady. Miłość, ta prawdziwa wspiera, buduje.
Daje siłę.
Leczy skołatane serce.
Choroby biorą się z braku tej miłości.
Ludzie, którzy kochają siebie i innych, rzadziej chorują. Ludzie, którzy dzięki miłości odnaleźli spokój, rzadziej chorują.
Ci, którzy kochają i są kochani, gdy zaczynają chorować, są o wiele silniejsi, niż Ci, którzy nie kochają.
Miłość jest ogromną siłą.
Jest lekarstwem naszych czasów.
Oczywiście.
Ludzie są śmiertelni.
Umieramy.
Każdy musi stąd odejść.
Jesteśmy tutaj tylko na chwilę.
Jednak, co by nie powiedzieć, miłość pomaga tę chwilę tutaj przeżyć najlepiej jak się.
Dlatego, gdyby mnie odwiedzili pewnego dnia Starcy w moim domu, jak nic wybrałabym tego trzeciego.
Wybrałabym Miłość.
Dla mnie bogactwem jest Człowiek, którego kocham.

Dobrego Dnia Ci życzę.

Edyta Maria Bożydar

 

środa, 17 sierpnia 2016

Wzruszysz się do łez. I nauczysz czegoś bardzo ważnego.

Oto piękna i niezwykle poruszająca opowieść o drzewie i chłopcu. Kiedy pierwszy raz ją czytałem, nie mogłem powstrzymać łez. Ty również nie przejdziesz obok niej obojętnie. Jestem tego pewien.
***
Dawno temu, w kraju o nazwie mi nieznanej, rosło wielkie drzewo mango. Pewien mały chłopiec lubił przychodzić do drzewa i bawić się z nim. Robił to prawie codziennie. Wspinał się na gałęzie, jadał owoce mango, ucinał sobie drzemki w cieniu drzewa. Bardzo kochał to drzewo, a ono odwzajemniało to uczucie. Było bardzo szczęśliwe.
Czas płynął i chłopiec był coraz starszy. W końcu urósł na tyle, że coraz rzadziej bawił się w towarzystwie drzewa. Pewnego dnia pojawił się ze smutnym wyrazem twarzy.
– Chodź – powiedziało drzewo – pobaw się ze mną.
– Nie jestem już dzieckiem, nie bawię się już wokół drzew – odparł. – Wolę bawić się zabawkami, ale nie mam pieniędzy, by je kupić.
– Niestety, nie mam pieniędzy – powiedziało drzewo – ale mam swoje owoce. Możesz je zerwać i zanieść do miasta na targ. W ten sposób zdobędziesz potrzebne ci pieniądze.
Chłopiec był ogromnie uszczęśliwiony. Zebrał wszystkie owoce mango, jakie rosły na drzewie, i poszedł do miasta z uśmiechem na twarzy. Drzewo także było szczęśliwe.
Niestety, chłopiec bardzo długo nie wracał. Z tego powodu drzewo posmutniało.
Czas dalej płynął, a chłopiec stał się dorosłym człowiekiem. Kiedy wrócił, drzewo znowu było szczęśliwe.
– Chodź – powiedziało – pobaw się ze mną.
– Nie mam czasu na zabawę – odpowiedział młody mężczyzna. – Muszę pracować na utrzymanie swojej rodziny. Musimy zbudować dom, żeby żyć bezpiecznie. Czy możesz mi w tym pomóc?
– Niestety, nie mam domu – powiedziało smutno drzewo – ale możesz ściąć moje gałęzie, aby zbudować dom dla rodziny.
Człowiek nie wahał się i ściął wszystkie gałęzie, po czym odszedł zadowolony. Drzewo było szczęśliwe, widząc go uśmiechniętym. Ale mężczyzna znowu długo nie wracał. Drzewo było znów samotne i smutne.
Czas płynął i w pewien letni dzień mężczyzna wrócił. Był już w średnim wieku, ale drzewo było zachwycone.
– Chodź i pobaw się ze mną! – niemal krzyknęło z radości.
– Jestem za stary i zbyt smutny, by się bawić – odpowiedział człowiek. – Dużo przez ostatnie lata pracowałem i jestem zmęczony. Marzę o łodzi, by móc pożeglować po morzu. Dzięki temu mógłbym się zrelaksować. Czy możesz dać mi łódź?
– Niestety, nie mam łodzi – powiedziało drzewo – ale możesz użyć mojego pnia do budowy łodzi. Wypłyniesz na szerokie wody i będziesz szczęśliwy.
Człowiek ściął więc pień, pozostawiając jedynie pniak, który nie sięgał nawet do kolan. Zbudował piękną łódź i znowu nie wrócił przez długi czas. Ale drzewo było szczęśliwe, że mogło mu pomóc.
Wreszcie, po bardzo wielu latach, mężczyzna wrócił. Był bardzo stary.
– Niestety – powiedziało drzewo – nie mam nic więcej do ofiarowania. Nie mam już owoców.
– Mam za słabe zęby, żeby jeść owoce – odpowiedział starzec.
– Nie mam już pnia i gałęzi, po których mógłbyś się wspinać.
– Jestem za stary, żeby chodzić po drzewach.
– Wybacz – powiedziało drzewo ze smutkiem. – Pragnę ci coś ofiarować, ale nic mi nie pozostało. Mam już tylko umierające korzenie.
– Teraz już nie trzeba mi wiele do szczęścia – rzekł starzec. – Wystarczy mi spokojne miejsce do odpoczynku. Jestem bardzo zmęczony po tych wszystkich latach, które przeżyłem.
– Skoro tak – powiedziało drzewo – usiądź przy mnie. Jestem tylko pniakiem, ale doskonale nadaję się jako oparcie dla zmęczonego człowieka.
Mężczyzna usiadł i oboje znowu byli szczęśliwi.
Autor: Shel Silverstein, “The Giving Tree”

Morał:

Każdy z nas ma w swoim życiu takie drzewo jak to występujące w powyższej opowieści. Tym drzewem są nasi rodzice.
Być może niektórzy z was nie mają już rodziców lub wychowali się w dysfunkcyjnej rodzinie. Najczęściej jednak zawsze mamy w życiu kogoś, kto darzy nas miłością. To może być wuj lub ciotka, dziadkowie lub po prostu bliski przyjaciel. Ci ludzie oddają nam wszystko, co mają. Żadne wyrzeczenie nie jest dla nich zbyt wielkie. I są gotowi poświęcić nam całe życie.
Kiedy jesteśmy dziećmi, uwielbiamy się bawić ze swoimi opiekunami. Kiedy dorastamy, opuszczamy dom rodzinny i często wracamy tylko wówczas, gdy potrzebujemy pomocy. Bez względu na wszystko, bliscy zawsze będą na nas czekać i dadzą z siebie wszystko, żeby tylko nas uszczęśliwić.
Coraz częściej jednak zdarza się, że w zamian za poświęcenie otrzymują od nas… samotność i tęsknotę. Jesteśmy zbyt zajęci, żeby ich odwiedzać. Praca, obowiązki domowe, dzieci, kolejny wyjazd na zagraniczne wakacje… i wiele innych rzeczy sprawia, że nie mamy dość czasu dla swoich najbliższych.
Chłopiec z opowieści może się wydawać okrutny i nieczuły. Ale przecież wielu z nas właśnie w ten sposób traktuje swoich rodziców. Bierzemy ich za pewnik i często nie doceniamy tego, co dla nas robią. Aż pewnego dnia jest już za późno.
Nie ma znaczenia, jak bardzo jesteś zajęty. Poświęć trochę czasu swoim rodzicom. Masz telefon komórkowy? Po prostu zadzwoń.

http://przewodnikduchowy.pl/wzruszysz-sie-lez-nauczysz-czegos-waznego/

czwartek, 14 lipca 2016

Strach ma wielkie oczy.




Lęki i strach, to element niepożądanym, przeszkadzający w istnieniu. Nasz mózg karmi nas wspomnieniami i wyobrażeniami o niewłaściwym wyglądzie, skutecznie zniechęcając na do podjęcia działania. Nasza wyobraźnia, to siedlisko lęków z którymi trzeba walczyć, bo …

Strach ma wielkie oczy!


Zastanów się dobrze, czego się boisz, czym są Twoje lęki. Przecież to nie istnieje! Niepokoisz się przyszłością, która jeszcze nie nadeszła. Zarówno strach, jak i lęk są wytworem naszego umysłu. To subiektywne i irracjonalne odczucia. To, co nas przeraża i napawa strachem, dla innych jest zwyczajne i obojętne. Zatem to wytwór Twojej wyobraźni i tego się boisz? Co Ty dziecko jesteś? Otaczasz się zewsząd strachem, strach przed starością, przed śmiercią, przed chorobą, utratą pracy, utratą bliskiej osoby, kalectwem, niepowodzeniem, biedą. Ale to wyłącznie Twój strach, bo nic takiego się jeszcze nie wydarzyło. Ba, gdybyś myślał pozytywnie, bez strachu, nigdy by nawet nie zaświtało w Twoim otoczeniu, a przede wszystkim głowie.
Wyobraźnię należy używać właściwie, do snucia szczęśliwych wydarzeń, do tworzenia sukcesów i osiągnięć, nie zaś do tworzenia wszelkich katastrof i upokorzeń. W momencie gdy zredukujemy nasze troski, staniemy na drodze do szczęścia, do panowania nad samym sobą.  Aż strach pomyśleć, ile mógłbyś zrobić dzisiaj, gdybyś się tylko nie bał!
Nie możesz wiecznie uciekać!
Zamiast się wycofywać, wykonaj pierwszy krok w kierunku tego co Cię przeraża. To o wiele lepsze niż stanie w miejscu, a już zdecydowanie rozsądniejsze niż ucieczka. Gdy wykonasz ruch, natychmiast zmieni się perspektywa widzenia, pojawi się nowe doświadczenia i opcje, której nie brałeś pod uwagę. Lęki zaczną ustępować. Gdy poświęcisz swój czas i energię na działanie, a nie na strach i uniki, otrzymasz dwa razy więcej czasu i dwa razy szybciej osiągniesz cel.
Twoje zachowania w czasie lęku i strachu!
Masz upośledzony osąd rzeczywistości, czyli tak naprawdę możliwości prawidłowej oceny natury rzeczy. Ograniczony jest wówczas zakres percepcji, uwagi, pamięci. Osłabione są funkcja mózgu, bo zaprzątamy swoją głowę rozterkami, lękami, strachem. Ograniczone myślenie, poprzez opór wewnętrzny. Popełnionych zostaje więcej błędów z powodu braku dobrze ocenionych informacji zewnętrznych. Nauka przychodzi Ci z trudem. Zwlekasz z podjęciem działania, ociągasz się, przekładasz na jutro, czym samym przegapiasz szansę. Dodatkowo tracisz energię i zdrowie poprzez nieustanne zamartwianie i tak krok po kroku lęk obejmuje coraz większy zakres Twojego życia.
Czym się kierować w walce ze strachem?
Po prostu działaj, działaj, choćby w najmniejszym stopniu, ale działaj w kierunku osiągnięcia celu. Reszta sama przyjdzie. I pamiętaj – strachy na lachy. Nie bój boba! Co masz do stracenia?
PS. Boimy się wszystkiego, a udajemy, że nie boimy się niczego.

http://www.augustynski.eu/strach-ma-wielkie-oczy-2/

sobota, 9 lipca 2016

Dziecko nic Ci nie jest winne. Nie możesz żądać od niego odwdzięczenia się „na starość”


– „Dziecko to najlepsza inwestycja na starość. Ja opiekowałam się nim, gdy było małe, więc chyba mogę liczyć na to, że w przyszłości mi się odwdzięczy?”
Otóż dziecko nic Ci nie jest, Drogi Rodzicu, winne. Nie masz prawa żądać od niego, by Ci „na starość” odwdzięczyło.

Przysłuchując się kilka dni temu w którymś z programów telewizyjnych rozmowie poświęconej rządowym planom zmian w systemie emerytalnym i OFE, usłyszałam opinię:
– Kto ma dzieci, nie musi martwić się o emeryturę.
Ton wypowiedzi rozmówcy świadczył o tym, że żartuje i to z przekąsem, tym niemniej zauważyłam, że część osób, myśląc o swoich dzieciach i ich „zobowiązaniach” wobec rodziców rzeczywiście ma taki stosunek: że COŚ im się za „ten trud i poświęcenie” NALEŻY.
To rodzice, którzy lubią wypominać dzieciom:
– Tyle lat życia ci poświęciłam.
– Tyle pieniędzy w twoją edukację zainwestowałam.
– Wykarmiłam cię.
…
– A Ty mi się tak odwdzięczasz?!
Ilekroć stykam się z taką postawą, nie mogę wyjść ze zdziwienia.

Nie mamy prawa wypominać dzieciom naszego poświęcenia i zainwestowanego w nie czasu, pieniędzy czy energii.

To tak jakby nagle do naszych drzwi zapukał ktoś z wekslem krzyczący:
–  Żądam spłaty długu!
Co ciekawe i w tym momencie kluczowe: nigdy tego weksla nie podpisywaliśmy.

Żadne dziecko nie prosiło się do przyjścia na świat. To my je na ten świat powołaliśmy. To była nasza decyzja i my ponosimy za nią od początku do końca odpowiedzialność. To nasz obowiązek, by je wykarmić, zapewnić dach nad głową, ubrać, wyedukować, wychować i nauczyć, jak żyć. Nie mamy prawa żądać od dziecka odwdzięczenia się!

To trochę tak jak w skeczu Kabaretu Hrabi „Drugi Filar”. Rodzice mówią do dorosłego syna, który podjął się pierwszej pracy zarobkowej.
– Synu, pamiętasz, jak w dzieciństwie opiekowaliśmy się tobą? Dobrze wspominasz ten czas?
– Tak, mamo, dobrze.
– Najwyższa pora, żebyś się z nami rozliczył – rzekł ojciec.
– Wiesz, do tej pory to my wydawaliśmy na ciebie pieniądze, ale teraz, skoro już zarabiasz, możesz nam to oddać – wyjaśniła matka, zabierając synowi plik banknotów, które trzymał w ręce: pierwszą wypłatę.
Potem pokazują mu pudło z rachunkami, a w nim duuuużo rachunków i paragonów, które zbierali pieczołowicie przez dwadzieścia lat, np. za smoczek, lekcje śpiewu…
– Lekcje śpiewu? – pyta zidzwiony syn.
– Ktoś ci przecież musiał śpiewać kołysanki! Miałam wynająć Agnieszkę Chylińską? Nie zasnąłbyś przy jej ryku!
Uśmiałam się, oglądając ten skecz, ale gdy uświadomiłam sobie, że niektórzy rodzice naprawdę reprezentują taką postawę: oczekują odwdzięczenia się za lata „inwestowania w dziecko”, po plecach przeszły mi ciarki.

Relacja między rodzicem a dzieckiem jest nierówna – my jesteśmy dzieciom winni zdecydowanie więcej niż one nam.

Temat nieco podobny do tego, który poruszyłam w tekście Dziecko nie jest twoim przyjacielem – owszem, dziecko może przyjść do nas z każdym problemem, ufać nam i liczyć na nasze wsparcie (czyli traktować nas jak przyjaciela), ale to nie działa w drugą stronę: my nie powinniśmy obarczać go swoimi problemami. A skoro jednym z kluczowych elementów przyjaźni jest dwustronność to nie można mówić o przyjaźni między rodzicem a dzieckiem.

Rodzic nie ma prawa wypominać dziecku nakładów finansowych, jakie na nie łoży.

Rozliczać go z tego, że finansuje mu jedzenie, ubrania, książki do szkoły, zapewnia gaz, ciepło i wodę. Oczywiście jednocześnie wcale nie ma obowiązku kupować najdroższych lub „wymarzonych” ubrań czy gadżetów i jak najbardziej ma prawo odmówić kapryszącemu dziecku. Postawa dziecka na wszystko pod tytułem „Bo mi się należy!” niczym się nie różni od postawy rodzica „Bo mi się należy wdzięczność!”
Ten temat, choć w znacznie bardziej okrojonej wersji poruszałam na blogu ponad dwa lata temu tutaj  i bardzo spodobał mi się komentarz Marty, która napisała:
Kiedyś też ktoś mi powiedział (zdaje się, że babcia :)), że „dług” wobec rodziców spłaca się własnym dzieciom – w ten sposób wkłada się wysiłek, jaki włożyli oni, a dodatkowo zaczyna rozumieć ten trud i to, czego doświadczyli rodzice.

Żeby nie było wątpliwości: nie uważam, że dziecko jest święta krową, które nic nie musi, w zamian za wikt i opiekę, robić.

Moje córki mają swoje obowiązki domowe, przeciwko czemu oczywiście co jakiś czas buntują się, sugerując pół żartem pół serio, że je wyzyskujemy. 🙂 Uspokaja je dopiero argument, że zgodnie z art. 91 § 2 „Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego”, dziecko ma obowiązek pomocy rodzicom we wspólnym gospodarstwie, o ile mieszka u nich i pozostaje na ich utrzymaniu. 🙂 Pisałam o tym w tekście Krnąbrne dziecko to powód do radości.

Uważam też, że w określonych sytuacjach dziecko powinno czuć „wdzięczność”. 

Gdy spełniam jego zachciankę lub kaprys (kupując np. niepotrzebne, ale wymarzone buty) oczekuję poczucia wdzięczności. Nie musi od razu padać na kolana i całować mi stóp, ale chcę, żeby doceniło to, że spełniłam jego zachciankę i wyrazić je choćby w formie szczerze wypowiedzianego słowa „dziękuję.”.
Starsza córka lada dzień jedzie na obóz do Londynu i zastanawiając się nad tym, jakiej wysokości kieszonkowe (liczone w funtach..) mam jej dać i oczekuję docenienia mojego gestu. Bo tak naprawdę nie mam obowiązku dawać jej nic: będzie tam miała zapewnione jedzenie, dach nad głową, spakowane ubrania i pieniądze na wejścia do muzeów i zaplanowanych atrakcji turystycznych, więc to, że dam jej jeszcze dodatkowe środki jest wyłącznie wynikiem mojej dobrej woli. Chcę więc, żeby mi za to podziękowała i doceniła to. Jednocześnie nie wyobrażam sobie, żebym miała jej potem to wypominać, szantażować emocjonalnie, marudząc:
– A mogłam sobie kupić za to nową sukienkę 🙁
albo żądać odwdzięczenia się, np. na tzw. „starość”!

Dziecko nie jest i nie może być inwestycją w spokojną starość. Rodzic nie powinien oczekiwać od dziecka, że będzie go utrzymywał na emeryturze.

W dobie współczesnej, niezbyt ciekawej, sytuacji społeczno-politycznej, w której nie wiem, czy dostanę jakąkolwiek emeryturę, czuję się niepewnie, ale jednocześnie nie wyobrażam sobie, żeby wywierać na córki presji lub sygnalizować oczekiwania, że liczę, że mnie wesprą. Nie śmiałabym! Biorę się w garść i okładam pieniądze, żeby nikogo potem sobą nie obciążać.
Czy to oznacza, że godzę się na to, że – jeżeli jednak będzie mi ciężko – zostawią mnie na „pastwę losu”? Tak, godzę się na to, choć prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, że do tego dojdzie.
Moi rodzice nigdy nie wywarli na mnie presji ani poczucia, że powinnam być im za coś wdzięczna i za to jestem im wdzięczna. 🙂 I wiem, że jeżeli znajdą się w potrzebie to im pomogę. Ale nie dlatego, że muszę, że czuję się zobowiązana lub że oni tego ode mnie oczekują.
Jeżeli wychowujemy dziecko w atmosferze troski o bliskiego, życzliwości, empatii, miłości, bycia tzw. „przyzwoitym człowiekiem”, jeżeli świecimy przykładem (a nie tylko mówimy, że to ważne) to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że dziecko również przyswoi te cechy.  Gdy kochamy i szanujemy dziecko, najprawdopodobniej zrewanżuje nam się, np. na stare lata, tym samym. Ale może to być wyłącznie wynikiem jego dobrej woli.

http://www.nishka.pl/dziecko-nic-ci-nie-jest-winne-nie-mozesz-zadac-od-niego-odwdzieczenia-sie-na-starosc/

niedziela, 8 maja 2016

„Bez nich nie wyobrażam sobie życia” – historia adopcji Mikiego i Fidka.

13139087_1103284726380689_2180803078331501528_n
Miki został adoptowany w grudniu 2014 – pamiętam to jak dziś. Była niedziela, jak zawsze w weekend odwiedziliśmy schronisko w celu wyprowadzenia naszych podopiecznych na spacer. Nic nie zapowiadało, że jakiś psiak trafi do naszego domu.
Po wejściu na sektor suk i wyprowadzeniu naszych podopiecznych na spacer wracając do boksu mąż mnie zawołał. Powiedział  „Aga zobacz jakie maleństwa  tu siedzą”!  Okazało się, że są to pisaki zabrane z pseudohodowli z bardzo złych warunków.
Po wejściu do boksu zapadła decyzja zabieramy „białego”!  Ja nie byłam nastawiona na adopcję ponieważ w domu mieliśmy wtedy także kota, Marcin ma alergię, pracujemy całymi dniami, jak to wszystko pogodzimy?
Miki był najbiedniejszy w tym całym towarzystwie: brak zębów, wyleniała sierść, wiek oszacowany na 10 albo i więcej lat. Ogólnie obraz nędzy i rozpaczy. Opuściliśmy boks…
13077178_477987335744838_614671946_n
Postanowiliśmy przemyśleć decyzję (bardziej ja bo Marcin chciał go zabrać od razu). Po wyjściu ze schroniska w głowie mieliśmy jedną myśl – gdzie on będzie miał lepiej niż u nas?  Nie możemy go tam zostawić, jest zimno, a on taki mały w wilgotnym boksie. Bez zębów nie poradzi sobie w towarzystwie innych większych od siebie czworonogów.
W tej sytuacji serce wzięło górę nad rozumem, więc wróciliśmy do schroniska po Mikiego. Klamka zapadła –  adoptujemy go!
Była to jedna z najlepszych decyzji jakie podjęliśmy w naszym życiu. Po przyjeździe do domu nasz kot Czester przyjął nowego członka rodziny bardzo ciepło. Dość szybko się zaprzyjaźnili, a Mikuś w jego towarzystwie czuł się bardzo dobrze. Traktował go jak starszego brata.
Początki nie były łatwe. Po pierwszej wizycie u weterynarza okazało się że Miki ma poważną wadę serca, rokowania nie były za dobre… Całe szczęście trafiliśmy na dobrego specjalistę, który zastosował odpowiednie leczenie i Miki jest już z nami ponad rok.
20927_988634241167711_6886791395093563101_n
Przez ten czas między Mikim, a mną nawiązała się niesamowita więź. Jesteśmy niemal nierozłączni. Miki obdarzył mnie tak dużym zaufaniem, że po prostu nie mogę go już nigdy zawieść! Dzisiaj nie wyobrażam sobie że mogło by go zabraknąć w naszym życiu. Pomimo swojego wieku Miki jest bardzo pogodnym i radosnym psem.
Razem bardzo dużo przeszliśmy w czerwcu 2015 roku. Odszedł od nas nagle nasz kochany kot – Czester. Był to ogromy cios. Miki stracił swojego najlepszego kumpla, a my ukochanego przyjaciela.
Ten okres był dla nas bardzo trudny. Brak Czestera bardzo doskwierał. Po jego śmierci rozważaliśmy adopcję kota, jednak nikt nie brał pod uwagę drugiego psa. Z racji tego, że jesteśmy wolontariuszami i w schronisku bywamy dość często szanse na nie przyniesienie kolejnego zwierzaka do domu były marne.
Ten dzień też dobrze zapamiętałam. Tym razem była to sobota, a dokładnie 15 sierpnia 2015.
13139159_876488855810997_2622076941342841882_n
Będąc na spacerze ze swoim podopiecznym spotkałam wolontariuszkę z uroczym staruszkiem o imieniu Norek. Jak zobaczyłam tą uroczą bezzębna, kudłatą kulkę od razu się zauroczyłam. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Marcina. Powiedziałam mu, że musi pilnie przyjechać do schroniska żeby poznać jednego psiaka.
Po przyjeździe Marcina zabraliśmy Norka na spacer. A, że Norek to złodziej, więc skradł serce także jemu. Marcin oczywiście podjął męską decyzję – zabieram go!  Ty masz Mikiego, a to będzie mój pies. Ja oczywiście jako królowa zamieszania spanikowałam.  Drugi pies, nie ogarniemy tego… Nie, jednak nie możemy go zabrać. Smutni zaprowadziliśmy go z powrotem do boksu, w którym mieszkał.
Ogarnęliśmy resztę naszych psów, a po skończonej pracy poszliśmy się przebrać. Marcin powiedział, żeby przed wyjściem do niego jeszcze zajrzeć. Kiedy spojrzeliśmy do jego boksu zaniemówiliśmy.  Stał przy metalowych drzwiach, wlepiając w nas swoje okrągłe oczy. Jakby chciał powiedzieć – zabierzcie mnie stąd.
12472839_469686033241635_7934575065473088993_nWtedy Marcin otworzył boks i powiedział – idziesz z nami! I tak oto staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami dwóch przecudownych psich seniorów. Miki i Fido od pierwszych chwil spodobali się sobie.
Adopcja Fidka była również najlepszą decyzją jaką mogliśmy podjąć. Dzięki niemu Miki stał się bardziej odważny, pewny siebie i jeszcze bardziej wesoły. Dzięki Fidowi poprawiły się relacje Mikiego i Marcina, którego się bał i do końca mu nie ufał.
Kochamy ich najbardziej na świecie i nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Na co dzień dają nam tyle radości, że życie bez nich byłoby bardzo smutne. 
Z całego serca polecamy adopcję psich seniorów,
Aga, Marcin, Miki i Fido.
http://blog.karmimypsiaki.pl/2577-2/

wtorek, 4 listopada 2014

Orzeł, kury i kogut.

A dzisiaj taka opowieść...

Pewien człowiek znalazł jajko orła. Zabrał je i włożył do gniazda kurzego w zagrodzie. Orzełek wylągł się ze stadem kurcząt i wyrósł wraz z nimi.

Orzeł przez całe życie zachowywał się jak kury z podwórka, myśląc, że jest podwórkowym kogutem. Drapał w ziemi szukając glist i robaków. Piał i gdakał. Potrafił nawet trzepotać skrzydłami i fruwać kilka metrów w powietrzu. No bo przecież, czyż nie tak właśnie fruwają koguty?

Minęły lata i orzeł zestarzał się. Pewnego dnia zauważył wysoko nad sobą, na czystym niebie wspaniałego ptaka. Płynął wspaniale i majestatycznie wśród prądów powietrza, ledwo poruszając potężnymi, złocistymi skrzydłami.

Stary orzeł patrzył w górę oszołomiony. - Co to jest? - zapytał kurę stojącą obok. - To jest orzeł, król ptaków - odrzekła kura. - Ale nie myśl o tym. Ty i ja jesteśmy inni niż on.

Tak więc orzeł więcej o tym nie myślał. I umarł wierząc, że jest kogutem w zagrodzie.

Anthony de Mello "Śpiew ptaka"

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, kim naprawdę jesteśmy i jak ogromny potencjał w nas drzemie. Wychowywani wśród kur grzebiemy w ziemi, zamiast szybować wysoko, co jest zgodne z naszą naturą.